583.


Link 12.01.2012 :: 14:03 Beeee...knij (2)
Tego, co wspaniałe i udane,
sił do walki o własne marzenia oraz wiary we własne siły,
pozytywnych zdziwień, zdumień i zaskoczeń,
odkrywania magii w "zwykłych" rzeczach,
odwagi, uśmiechu
i mnóstwa czekolady
na ten rok, który właśnie nadszedł, Wszystkim Tym, którzy tutaj zaglądają, czytają albo, po prostu, wpadli przez przypadek :).
Wiem, wiem, wyraniłam się z tymi życzeniami jak jaszczurka w listopadzie. Ale przecież 2012 dopiero się zaczął (no dobrze, może i mam nadzwyczajne niepoczucie czasu, ale proszę wziąć pod uwagę, z jaką gracją się tu intelektualnie wyginam! :D:D Dobra, dżołk sucharowy, ale i na takie kiedyś przychodzi pora :D).
I, na dobrą sprawę, nie mam już nic więcej do dodania.
Co nie znaczy, że się nic nie dzieje (bo ogólnie żyję dosyć intensywnie ostatnimi czasy)... a raczej, że nie o wszystkim (na razie) chcę pisać.
No dobrze, Pulę spauzowała (mam nadzieję, że na długo) i kładzie się spać o 24, a rano słyszę, że tłucze garami o wiele ciszej i jakby tak... ostrożniej... I za to ma plusika.
Notatki leżą i czekają na moje zmiłowanie, praca zaliczeniowa, nie chcąc być gorszą, współdziała z notatkami, że nie wspomnę już o tym, co robi moja magisterka, choć trafniejszym byłoby użycie drugiego pytania, na które odpowiada czasownik, tego mniej zaawansowanego ruchowo, czyli co się z nią dzieje?. I nie bawiąc się w zbędne ceregiele, od razu można by zacytować tego Pana od Watahy: myślę, ze nie stało się niic. Niiic! Niiiiiic! Myślę, że nie stało się nic! (przynajmniej od czasu mojego przyjazdu do Rydzykowa, czyli nadal stoimy na 6 stronach i nie możemy - oraz: bardzo chcemy, ale nie potrafimy się zebrać (by) - ruszyć z miejsca).
Taa... Odwieczny problem, z którym zmagają się studenci :D:D, po prostu nihil novi.
I tym, powszechnie znanym i miłościwie nam panującym, akcentem kończę mój marny wywód, bo aż żal to dalej ciągnąć.


582.


Link 28.12.2011 :: 17:23 Beeee...knij (9)
Święta to okres, w którym praktycznie zupełnie rezygnuję z internetowej obecności, zwłaszcza, kiedy są organizowane u mnie.
Nie sprawdzam wówczas maili, nie siedzę na gg, nie śledzę zmian na Fejsbukowej ścianie, nie dodaję nowych rękoczynów. Bo, najzwyczajniej w świecie, nie mam na to czasu. Na smsy odpowiadam z opóźnieniem, telefony odbieram tylko w przypadkach nagłych albo jak uparcie dzwonią, a rozmowy kończę jak się da najszybciej. Bo, najzwyczajniej w świecie, nie mam na to czasu. Podczas Świąt nie prowadzę również rozmów handlowych, a te "zaczęte" przez drugą stronę, odkładam na "po świętach", bo, najzwyczajniej w świecie, nie mam na nie czasu, a tym bardziej już ochoty. Jest tyle innych dni w roku, że spokojnie zdąży się kupić/sprzedać piórnik/szkatułkę/kolczyki etc. Poza tym, klientowi również należy się szacunek oraz tyle czasu, żeby spokojnie mógł wszystko obejrzeć i się zastanowić, dlatego wolę z klientami rozmawiać wtedy, kiedy mam faktycznie czas. Na spokojnie i nic na siłę. Przy czym nie mogę powiedzieć, że pławię się w sprzedaży rękodzieła, a klientów mam tylu, że aż po kokardkę, bo kto mnie odwiedza, ten wie, jak zastawiony "pierdółkami na sprzedaż" jest mój pokój, zarówno akademikowy, jak i domowy.
(I teraz - UWAGA - przechodzę do meritum!)
Drażnią mnie sytuacje, wyglądające w sposób następujący:
1) Koleżanka-Wizażanka, która nie ma nic innego do roboty, jak śledzenie recenzji kosmetyków, pisze do mnie przed świętami, kiedy latam gadam, pełny serwis, że: nie zaliczylam drugiego kola... Chociaz nie wiem jak to jest mozliwe bo przeciez spisywalam od Ciebie i mialysmy te same odpowiedzi. No tak, ja zaliczyłam. Cudem, bo cudem, ale zaliczyłam, a ona nie, więc stąd taka "połpretensja". No cóż, widać, że żeby zdać, trzeba jednak trochę przysiąść, a nie zdawać się na mnie. Ale luz. Ignoruję, bo przecież coraz bliżej święta, a mi się rózga nie marzy (chociaż... jakby była jakaś fajna... Zrobiłabym z niej minidrzewko). Jestem w środku przygotowań, w środku buzującego wulkanu chwilkę przed erupcją. Moje ulubione miejsce. Serio. Tu podlecieć, to załatwić, z tym ponegocjować, z tamtym biec już w inne miejsce, ogarniać, ogarniać, ogarniać globalnie (tak, przyznaję w pierś się bijąc, czasami piszczę, że chcę świętego spokoju, ale jak już podładuję Duracella, mogę wracać w oko cyklonu. Zresztą, co Wam powiem, to Wam powiem, ale Wam powiem, że tak naprawdę, w biegu jest najspokojniej. Nie przejmujesz się za bardzo, bo nie masz czasu, zobowiązania cię nie ciągną, bo przecież ich nawet nie podjąłeś, gdyż ponieważ już od dawna lecisz dalej, nikt ci nie truje dupy, bo za tobą nie nadąża, a tam, gdzie cię szuka, już cię dawno nie ma). Czyli nie odpisuję, jednak w Wigilię wysyłam życzenia, te same, które ślę "do wielu" (Dear "Connecting People Company", I am very grateful for this option in my mobile phone. Thank You, thank You so much!) i odkrywam, że "półpretensja" ewoluowała w "półfoch" - bo nie odpisałam i dlaczego...
Drogie Dziecko, jeśli jakaś osoba nie odpisuje na Twoje wiadomości, oznacza to, że nie ma ochoty z Tobą konwersować, aczkolwiek nie jest to jedynym wyjaśnieniem sytuacji. Istnieje jeszcze wiele innych możliwości, np. osoba ta nie ma pod ręką telefonu, jest zajęta, ma do zrobienia dużo więcej rzeczy niż ozdobienie bożonarodzeniowego drzewka nietłukącymi się bombkami, szklanym czubkiem, kolorowymi, mrugającymi światełkami oraz dzwoneczkami "dzyń-dzyń!". Całkiem prawdopodobne są też kompilacje (czyli połączenia) kilku lub też wszystkich podsuniętych przeze mnie opcji, co jest skorelowane (czyli związane) z jakością Waszych wzajemnych relacji.
Pozdrawiam,
Ciocia Owca-Dobra Rada

2) Sytuacja powiązana ze wstępem oraz, po części, z punktem pierwszym. Skomplikowana, ale postaram się ją przedstawić jak najbardziej klarownie (chociaż nie wiem, czy jest to w ogóle wykonalne, zwłaszcza w moim wydaniu...)
Pulę ma koleżankę (akcent pada na oba "ę" - tak z fhranchuska). I ta koleżankę (o, właśnie, dobra ksywa - coś czuję, że epizod z jej udziałem będzie znaczący)... Więc ta Koleżankę zwróciła się do Pulę z zapytaniem o jeden z moich piórników. Czy dostępny i za ile, i takie tam, gdyż chciałaby kupić. Pulę udzieliła jej informacji i:
23.12., coś po 16 - Pulę dezewoni. Nie odbieram - hałas w domu, dzieciary szarżują i szabrują jak Kozacy i Tatarzy w "Ogniem i mieczem" (albo coś - nie wiem, nie doczytałam do końca... dzwooń, dzwooń, dzwoń dzwoneczku!), MMM czegoś chce, Macierz czegoś chce, Tacierz czegoś chce, ja też czegoś chcę, ale się przecież nie rozczworzę!
23.12., coś przed 17 - dopadam do kompa, bo dostaję smsa (od Nuli), żeby wejść na gadu natychmiast, bo tam coś nie cierpiącego zwłoki. No jak zwłoki - to lecę, póki jeszcze ciepłe! Dopadam komp, włączam dżidżi, a tam, oprócz wspomnianych zwłok, wiadomość od Pulę, że Koleżankę chce piórnik po Nowym Roku i tam takie bla, bla, bla. Dobrze, odnotowałam. Po Nowym Roku - czyli jeszcze czas, którego teraz mam jak na lekarstwo.
23.12., coś po 17 - zamykam gadu, włączam program pocztowy (ostatni raz przed świąteczną przerwą). Wyskakuje mi mail. Od Pulę. Kopia jej rozmowy z Koleżankę. Otwieram, przebiegam wzrokiem. Widzę, że Pulę odsyła ją na moje Rękoczyny. Na moich Rękoczynach zmieniłam niedawno szablon. W celu zwiększenia przejrzystości. Jest mój mail podany. W miejscu widocznym, acz nienachalnym. Gdybym nie chciała, tobym nie podawała, right? OK. So...
24.12. - Wkurw mnie dopada, kiedy w odpowiedzi na mojego smsa "do wielu" dostaję "Dziekuje za zyczenia, tobie rowniez wesolych swiat. Co z piorniczkiem?"
Ej, mała, zajmij ty się, kurwa, wieczerzą wigilijną alboco, bo to, że nie musisz robić nic, gdyż ponieważ jesteś rozlelaną jedynaczką (a to obelga gorsza od "ty pieprzona jedynaczko!") i nic ci się nie chce, bo "mamusia zrobi", bo przecież zawsze robiła, nie oznacza, że u innych też luziątko w pełni i hajla-bajla, że tak się wyrażę!
Nie pozdrawiam i nie zwracam się do ciebie wielkoliterowo, bo jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubańczykom.
Owca Devil-Evil

Nie odzywam się. Cztery wdechy, trzy wydechy cud nie-pa-mięci. Odpiszę po świętach.
27.12. - Powoli wracam. Do siebie i do internetu. Wchodzę na Fejsika. Odczytuję, odpisuję... Dwie wiadomości od Pulę. Świąteczne. W sprawie piórnika. Wkurw mnie szczela, opuszczam Fejsa, 23:30 - eksplozja na słupie prądowym widoczna z mojego okna (preludium sylwestrowe) - prądu niet do dzisiaj, do godziny 8.
28.12. - Otwieram program pocztowy. 130 nowych wiadomości na 5 kontach. 3/4 to SPAM. 1/4 - do odpisania. Zabieram się po 12. I tym razem strzela, szczela i pierdyka we mnie wielki, fluorescencyjnie cytrynowy piorun! Kolejne maile piórnikowe. Nie, nie od Koleżankę. Od Pulę. Pierdolony kwiat lotosu na pierdolonej tafli jeziora, - może meliskę? - poproszę dożylnie; joga, meditejszyn, liść na wietrze, rącza gazela... Nic nie pomaga... Woda na młyn. Kultura, kultura, Dziewczę Pokręcone, pamiętaj o kulturze! Czego mamusia uczyła? No, co się mówi? Dzień dobry, kurwa. Calm down, calm down... Schowaj ten toporek, bo się jeszcze pokaleczysz...!
Odpisuję. Odpisuję, że jeśli jest zainteresowana, to niech do mnie napisze SAMA. Mogę udzielić dodatkowych informacji, noł prablm.
I co dostaję? Hę? No, proszę, śmiało, możecie obstawiać!
Maila od Pulę. Czy mogłabym wysłać te dodatkowe informacje plus zdjęcia do Koleżankę, na maila.
Ależ oczywiście. Chętnie, naprawdę. Z tym, że jasno określiłam zasady: proszę o maila od Koleżankę do mnie. Jeśli jest zainteresowana - nie widzę problemu, chętnie pomogę, doradzę, pokażę, nawet dam pogłaskać rzeczony towar, ale Ludu Europy!!! - trochę inicjatywy! Pierwszy raz usłyszałam o tym piórniku na początku października. Że Koleżankę jest zainteresowana. Podałam cenę, wszystko za pośrednictwem Pulę. Zero odzewu. Później był listopad, gdzieś tak połowa miesiąca, kiedy wreszcie "Schwarzenegger dla ubogich" zaczął opuszczać moją szczękę - temat piórnika powrócił. Za pośrednictwem Pulę. Nic się nie zmieniło z mojej strony. Nic się nie zmieniło również z tamtej strony, gdyż ponieważ temat umarł. Umarł, to umarł, nie mam żałoby. Piórnik wprowadziłam do galerii internetowej na początku grudnia. Troje potencjalnych klientów wysłało zapytanie. Dwoje z nich "obserwuje przedmiot". Dlatego wolałabym upewnić się co do zainteresowania Koleżankę, bo jeśli ma ono się przewijać niczym topos i znikać jak biały królik, to sorry, Gregory, ale jestem za stara na takie zabawy. Nie chcesz, nie kupuj - nic cię nie wiąże. Ale napisz od siebie! Nie gryzę (nawet, jeśli mam ochotę), dopierniczam słownie nieżartownie tylko wtedy, kiedy nie widzę innego wyjścia z sytuacji/zostanę doprowadzona do ostateczności (co Brat Wariat może potwierdzić, bo to on walczy z Pulę w mojej obronie) i jeśli ty nie atakujesz, to i ja jestem do rany przyłóż. A napisanie maila we własnym imieniu, w dobie wszechobecnego internetu, to, kurde, żaden wyczyn. Tak uważam.


581.


Link 16.12.2011 :: 09:19 Beeee...knij (8)
WPIS, LEKKO MÓWIĄC, DOSADNY. ŻEBY NIE BYŁO, ŻE NIE OSTRZEGAŁAM.

Nie lubię konfliktów. Bardzo. Wolę ustąpić niż drapać się z kimś o jakieś pierdoły. I mam cholernie dużo cierpliwości w stosunku do innych żyjących. Za dużo. Choć wiem, że poznając mnie jedynie po wpisach, trudno w to uwierzyć. Jednak wszystko ma swoje granice. Granice przekraczane były już od hu-hu-hu-października, a moja cierpliwość od tygodnia zaczęła jechać na rezerwie. I właśnie dzisiaj - szesnastego grudnia roku pańskiego dwa tysiące jedenastego o godzinie siódmej trzydzieści siedem - cierpliwość jadąca na rezerwie się zatrzymała. A czerwona kontrolka nie przestała migać. Nawet, jeśli ktoś nie zna się na samochodach, zdaje sobie dobrze sprawę, że jak coś miga na czerwono, to nie jest dobrze. I tyle starczy. Bo faktycznie, dobrze nie jest.
Bo, cholera, ja czegoś nie rozumiem: obie z Pulę jesteśmy jedynaczkami. Obie mieszkamy w domach, a nie mieszkaniach. Obie mamy komplet rodziców oraz psa. Ja się, kurwa, pytam, jak, zatem wytłumaczyć, ze podczas, gdy ja wchodzę do pokoju na paluszkach, kiedy ona śpi (a śpi już od 23-24 regularnie, a czasami nawet od 21), ostrożnie otwieram szafeczki i to tylko wtedy, kiedy muszę; doszłam do perfekcji w bezszelestnym przekręcaniu klucza w zamku, a w wyciszaniu skrzypiących drzwi mam tytuł "master", pytam się, do kurwy nędzy, dlaczego ona co rano musi miotać wszystkim (pasowałoby tu określenie: "miota nim jak szatan", ale tym razem to mną lepiej trzepie), czym się da, we wszystkich kierunkach i z takim hukiem, że ja pierdolę?! Z zazdrości, że nie wszyscy muszą wstawać o siódmej, tylko mogą o ósmej?! No chwileczkę, ja na siłę nie wysłałam jej na ten kierunek, który studiuje ani nie podjęłam za nią decyzji, dzięki której ma w tygodniu, na dzień dobry, dwa czy trzy przedmioty więcej niż przeciętny student jej kierunku. I nie - nie chcę, żeby rano dookoła mnie chodzono na paluszkach! Nie trzeba, naprawdę! Biorąc pod uwagę "twardość" mojego snu oraz to, że zazwyczaj kładę się między trzecią a czwartą w nocy, obudzenie mnie o siódmej to naprawdę wyczyn. Podszyty złośliwością. I naprawdę, niewiele brakuje, żebym słysząc "wychodzę!", o godzinie siódmej pięćdziesiąt, zamiast zbywać to milczeniem, odpowiadała: "i co, mam powiedzieć: łał?!" albo "masz z tym jakiś problem?".
Ujmując rzecz inaczej,
zodiakalne bliźnięta (piszę w tak, żeby nie musieć wskazywać na siebie palcem, bo pokazywanie palcem jest nieładne), jeśli się nie hamują, są najbardziej głośnym znakiem spośród wszystkich dostępnych, a do tego rozwydrzone, opryskliwe, pamiętliwe i bardzo złośliwe (dla własnej satysfakcji). Oczywiście mają też wachlarz cech pozytywnych. Z tym, że jeśli się naprawdę nie hamują, to zamiast harmonii i przenikania cech ma się do czynienia z Dr Jekyll'em and Mr. Hydem (czy jak to tam się pisze). Więc lepiej po prostu chamsko nie wkurwiać, bo inaczej zemsta Posejdona nadejdzie z prędkością światła z losowo wybranego kierunku. To nie groźba. To raczej dobra rada.
Jeśli jesteś fair wobec Owcy, Owca będzie fair wobec ciebie.
Bo Owca lubi wzajemność.
Jak ty jej, tak ona tobie.
A moje urocze Another-Room-Mates proszę o zwiększenie decybeli za ścianą, w godzinach 22-24 (a nawet i bardziej wgłąb nocy) - MI nie przeszkadzacie. JA nie lubię wiecznej ciszy.
Od dzisiaj imprezujecie pod patronatem cioci Owcy.

580.


Link 07.12.2011 :: 01:55 Beeee...knij (2)
Był u Was Mikołaj?
U mnie był.
Zły Mikołaj w bardzo dobrym humorze. Przyniósł mi rogala i zrobił koraliki. Koraliki przecudnej urody. Bo hendmejdy są zawsze przecudnej urody. Wszak to nie towar od początku do końca kupny - w hendmejdy wkłada się serce. I nie daje się ich "bo wypada", tylko dlatego, że naprawdę chce się je dla kogoś zrobić i temu komuś wręczyć (mam nadzieję, że i w tym przypadku tak było ;P). Enyłej, już przestaję się rozwodzić na ten temat, bo inaczej Brat-Mikołaj znowu stwierdzi, że "oj tam, pierdolisz".
W prezencie też dostałam kolejny Dzień Latawca. Taki z łzami śmiechowymi, przenoszeniem gór i w ogóle. Almodovar, na którego dotarliśmy, ale nawet nie weszliśmy do sali, patyczek polodowy w moich włosach, "bukiet rózg", dziki bluzg ;D (mój, zresztą), Edward Ozdobnonożycoręki, wariactwo, kartka "awaryjna" - z zapasowym papierosem (dla kolegi), korytarzowe opowieści, budzenie Pulę, która zasnęła o 21:10... Miliardy mikrocząsteczek. Zgodnie z moją definicją szczęścia :):):):). Rodzeństwo wybierane samodzielnie to najlepsze rodzeństwo, jakie można mieć. I chociaż czasami ma się ochotę temu rodzeństwu przywalić w czerep (jak w każdej, zdrowej rodzinie), to i tak nie zamieni się go na żadne inne. I nich tylko ktoś tknie albo w inny sposób ruszy... Ręka, noga mózg na ścianie i ząbki porozrzucane w promieniu półtora kilometra, to mało. Co, z kolei, wiele wyjaśnia... Np., dlaczego Pulę położyła się o 21... (może bała się przekroczyć granicę, o której rozmawiałyśmy w południe... :D:D).

- Powiedz mi, jak mam teraz żyć?
- Najlepiej, jak potrafisz.
- Przestań! O konkrety mi chodzi!

A żebym to ja wiedziała...! Nie jestem jakimś pierniczonym guru jasnowidzącym, żeby móc udzielać rad w tym zakresie, zwłaszcza, że ze swoim życiem mam nierzadko problem.
Ale, do jasnej dupy, warto żyć! Dla tych kilku chwil, które są jak grosik w stercie gówna. Dla uśmiechu pełnogębowego, dla Dni Latawca, dla Almodovara, którego się, ostatecznie, nie obejrzy; po to, żeby obierając grapefruita, obryzgać sokiem komputerową matrycę, siebie i pół klawiatury, żeby zrobić coś, dzięki czemu inny człowiek się uśmiechnie, żeby mieć przyjaciół i rodzeństwo, żeby widzieć, żeby czuć, żeby móc zjeść czekoladę, taplać się w kałużach i, za wszelką cenę, starać się nie wydorośleć do końca i nie zdziadzieć.

579.


Link 06.12.2011 :: 02:50 Beeee...knij (3)
Brat powrócił. Ten Brat, którego nigdy nie miałam, a zawsze chciałam mieć, no i teraz mam.
Powrócił w nastroju latawcowym (wynikłym, zapewne, z niewyspania), wyjątkowo wariackim (i jeszcze się, Skubany, dopomina peanów na cześć tegoż właśnie humoru! :D).
Powiem tak: od dzisiaj, Bracie Wariacie, nie śpisz. I nie interesuje mnie to, czy padniesz ze zmęczenia na pyszczek, czy nie. Nie śpisz.
Chyba, że nabierzesz umiejętności mania takiego nastroju mimo spania. Wtedy okej - możesz się położyć.
Nie mówię, że masz 24/7 biegać z uśmiechem dookoła głowy (chociaż, jeśli chcesz, to dlaczego nie?), ale podsumowując ten "wywód" na dziś: WIĘCEJ, WIĘCEJ I JESZCZE RAZ CZĘŚCIEJ o takie latawce w Twoim wydaniu proszę! Bo bardzo do twarzy Ci w takim uchachaniu.
No.
Jutro coś może jeszcze dopiszę. Albo machnę nowy wpis o tym samym...
Się zastanowię.

578.


Link 02.12.2011 :: 18:59 Beeee...knij (68)
I can't wait for the weekend to begin! Ta rara ta rara :D:D:D:D.
Tak, Pulę zmieniła zamiary za sprawą swego partnera, a mego giermka - Sancho :D (żartuję. Aczkolwiek, z jej facetem dogaduję się znacznie lepiej. W sumie, ze wszystkimi facetami dogaduję się lepiej niż z większością dziewczyn, nawet wliczając w to eSa, z którym drapaliśmy się właśnie wtedy, kiedy wykazywał nadmierne skłonności kobiece, typu: rażące niezdecydowanie, święte oburzenie, "wszystko mi, z zasady, nie pasuje", "jestem naburmuszoną księżniczką, tfu!, princesską!". Wiem, dziwna jestem :D). Another-Room-Mates mogą, zatem, imprezować spokojnie, a ja nie muszę kłopotać się kontrolowaniem sytuacji i mogę spokojnie skupić się na akcji CNP (Co Na Prezent?) - jak miło.
Od trzech dni na okrągło słucham Mandy (dwa wpisy temu mi się przypomniało, szlag jasny!). Z uśmiechem dookoła czaszki, bo mi się dobrze kojarzy. Powiecie, że jestem nieźle pieprznięta i, tym samym, znajdziecie się wcale nie tak daleko od prawdy. Ale tekst podstawiam swój, żeby nie było. Pisany, zresztą, z okazji zapotrzebowania na utwór kabaretowy. Tradycyjne palenie marzanny, gimnazjalny apel z okazji Dnia Wiosny i oni: klasowy boysband :D (jego skład zasilał również eS). Najlepszy apel w życiu. Tekst był totalnie durny*, boysband brak głosu i słuchu nadrabiał wyglądem, a polonistki ryczały ze śmiechu. A po tym wszystkim, zaczęliśmy chodzić z eSem po raz pierwszy :D. Matko, jaka jestem stara! :D
_________________________________________
* O mendo...
przyszłaś zamienić me życie w piekło...
Ślady po ukąszeniach
twych swędzą...
odkąd wgryzłaś się w moje mięcho...
błagam, zostaw w spokoju mnie...
Mendo!

A to tylko refren... :D Resztę mam gdzieś, na jakiejś dyskietce, ale jak znajdę, to, bez obaw, nie będę wstawiać, bo już po
tym fragmencie widzicie, że był naprawdę durny :D:D.

EDIT (21:50)

Ile czasu temu pisałam o eSie? Trzy godziny? Cztery? Pomijając już, że przez kilka ostatnich wpisów przewija się jego topos, żeby nie rzec, iż pisane są pod eSa wezwaniem.
Bo, proszę bardzo, oto dzwoni. W stanie wskazującym na nietrzeźwość znaczną. Na zachlanie, jeśli mam być szczera.
Ożeszkurwajapierdolę! Nie złamałam zasady, że z pijanymi nie gadam (bo nawet, gdybym chciała cokolwiek wtrącić, to i tak nie dałabym rady przerwać słowotoku), ale to był ostatni raz, kiedy słysząc jego pijanego, się nie rozłączyłam. Przez kwadrans.
Podsumowanie tych piętnastu minut: jestem wredną biczą, ale on i tak mnie kocha. Albo on jest wredną biczą, ale ja go już nie chcę. Albo wredne bicze są wśród nas, ale nie wiadomo, gdzie. Albo wredne bicze są wśród nas, wiadomo gdzie, ale to nie my. Nie wiem, bo bełkotał strasznie, a ja też w tym czasie piłam. Herbatkę. Ale na czeźwo moja wyobraźnia pracuje o wiele sprawniej, niż po alkoholu, kiedy to łapie kilkupromilowe opóźnienie... A najgorsze jest to, że ja dobrze wiem, który wniosek jest najbliższy prawdzie... Oczywiście, nic z tym nie zrobię. Mimo narastającej potrzeby bliskości, przytulania i takich tam pierdół, które zrzucę na karb hormonów, jak to zwykle faceci mają w zwyczaju (wiem, to szowinistyczne było ;)). Się, skubaniec, odzywa akurat w takim momencie...! Kuźwa, no! Zawsze miał to pierdolone wyczucie i fajne łapska.
Naprawdę, jestem zdania, że partnerzy, jeśli się rozstaną, powinni z miejsca stawać się dla siebie odpychająco nieatrakcyjni. To by wiele ułatwiło.
Nie wiem, kurde, nic już nie wiem...
Idę sobie zrobić kanapkę z pasztetem.

577.


Link 02.12.2011 :: 11:03 Beeee...knij (2)
To będzie ciężki weekend, tak coś czuję...
W sumie, nie powinnam się przejmować, bo ciężki raczej nie dla mnie, a Another-Room-Mates niech sobie same z rozszalałą Pulę radzą.
Dobra, macie mnie. Będę interweniować dyplomatycznie. Ale tylko w obliczu zagrożenia rozlewem krwi.
Swoją drogą, rozumiem, że osobie, która dzień w dzień wstaje o 7:00, mogą przeszkadzać imprezy o pierwszej w nocy. Ale w weekend - leave imprezas alone! No kurde, akademik to nie zakon! I żeby nie było, ja w tych imprezach nie uczestniczę, nie bawi mnie chlanie do białego rana ani darcie ryja pod drzwiami sąsiadów. JEDNAK uważam, iż obowiązuje jakiś zestaw (żeby nie powiedzieć: zbiór, żeby nie powiedzieć: kodeks) zasad niepisanych, ułatwiających koegzystencję w grupie. I nie tłumaczy Pulę fakt, że jest jedynaczką i - być może - jest jej trudniej, srutututu, tralalala. Ja też jestem jedynaczką i nie mam problemów z poszanowaniem odrębności jednostek. A Młoda mieszka tu już drugi rok (na pierwszym żarła się z Other-Room-Mates...) i planuje jeszcze trzeci... Z jej podejściem a la obozowy kapo, kondojelszyns for ewryłan.
I nie o to kaman, że Pulę nie trawię, bo na co dzień jest całkiem znośna. Tylko drażni mnie silenie się na dorosłość. Dorosłość/dojrzałość na siłę lub "bo tak wypada" albo "trzeba", to żadna dorosłość, nie czarujmy się.
I coś bym jeszcze napisała, ale spieszę się na fakultet...

576.


Link 01.12.2011 :: 03:04 Beeee...knij (7)
Złośliwość dziekanatowa nie zna granic.
Rejestracja na fakultety od godziny 6:00. Szóstej ranooooo!!!!!!! Szósta rano, jak sama nazwa wskazuje, jest samiuśkim środkiem nocy (dla mnie). Fakultety, na które chcę się zapisać, to fakultety, na które 3/4 Tancbudy chce się zapisać (dowód na to, że wspólny cel może prowadzić do ogromnego konfliktu interesów. Armagedonicznego, biorąc pod uwagę pogłowie oraz ilość miejsc). Tak więc, czy jest sens się kłaść? Ja przepraszam, że zapytuję tak znienacka, ale wolę się upewnić, prawda.
No.
Zróbmy, więc, prywatkę jakiej nie przeżył nikt to hasło promujące dzisiejszą posiadówę na kwadracie, podczas której pijany trup ścielił się gęsto na lastrykowej posadzce, pośród niedopałków, przy akompaniamencie Modern Talking. Widząc ową scenę, Słowacki, o wątłym zdrowiu, zszedłby natychmiastowo, Mickiewicz by się zapił, zasilając szwadrony pozornych denatów, Kafka skryłby się za muszlą klozetową i stamtąd zaczął procesować z całym światem, Goya pomyślałby, że zasnął (i stąd te wszystkie upiory), Delacroix powiódłby zmartwychwstające właśnie zwłoki na barykady, a Dali, z właściwym sobie kunsztem i wyczuciem chwili, pierdolnąłby, pośrodku tego wszystkiego, płonącą żyrafę. Woody Allen, obserwując sytuację, w kwadrans napisałby scenariusz, wzbogacając go o błyskotliwe dialogi od czapy, MMO szczęka by opadła i z głuchym stukotem poturlała się po schodach, a Dżanina Qdżawski, odpalając jednego papierosa od drugiego, kazałaby wszystkim "wypierdalać" pod groźbą uśpienia ich na trzy dni za pomocą połowy kija bilardowego. Totalny cyrk i surrealizm, tylko dziada z babą brak, ale mnie nie zdziwi nic. No dobrze, zaintrygowało mnie (ale nie zdziwiło!), któż to tak powarkuje w pokoju Another-Room-Mates, że zagłusza szuranie szczoteczki po moich zębach... Słowo daję, chrapie jak niedźwiedź z krzywą przegrodą nosową.
Obstawiam Dajanę.
Poróżniła nas kara śmierci, cóż... w sam czas. Nie mnie z Dajaną, tylko mnie z obecną moją... Pulę. W sensie, roommate. Nie podrapałyśmy się (jeszcze). I nie o to biega, że mamy dwa zupełnie różne punkty widzenia - proszę bardzo, można mieć nawet czy miliony czysta czydzieści czy różne opinie, przecież o to własnie chodzi, prawda? Alem wyczulona bardzo na ton głosu. Oj bardzo. Mając babkę-nauczycielkę w stanie spoczynku, rozpoznaję ten ton bezbłędnie. Mentorski. Sprzeciwu nieznoszący. Dziecko, uważaj z tym głosem, bo ci tak zostanie (choć i tak uważam, że specjalizację wybrałaś odpowiednią, tylko jeszcze nie wiem, do czego: do charakteru, powołania czy podejścia do życia, jednak myślę, że, w twoim przypadku, jedno w drugie wchodzi)! Pulę zostaje na weekend. Sprawdziłam szafki i lodówkę. Dwa słoiczki cierpliwości mi zostały... Takie podżemowe, więc niewielkie... Nie jest dobrze, trzeba będzie znaleźć jakieś substytuty...

575.


Link 30.11.2011 :: 01:00 Beeee...knij (44)
Taaaa...
Dzwoni. Nie odbieram. Nie, że foch. Tylko nie widzę sensu w obrywaniu za coś, co jest ode mnie niezależne. Ja go jeździć nie nauczę, choćbym chciała. Bo jak baba może faceta jeździć uczyć?! Ano może, jeśli ma większe mentalne jaja od rzeczonego faceta. Proste.
Po siódmej próbie połączenia, przychodzą SMSy.
1. Odbierz wreszcie!!! - oj, koleś... Tak się ze mną nie pogrywa - nie będziesz na mnie wrzeszczał, a niesłusznie to już w ogóle.
2. Dlaczego nie odbierasz? - gdybyś od tego zaczął, może bym Ci odpisała...
3. Ej, masz focha? - nie, to Ty jesteś fochmistrzem.
4. Cos się stalo? - miękniesz, czy tylko mi się zdaje?
5. Aga... Odezwij sie
6. Zaczynam sie martwic...
7. Slonce, daj mi znac...
8. prosze...
Wiadomości od 5-8 otrzymałam będąc w wydawnictwie z komórką wyciszoną (podczas omawiania interesów trzeba być profesjonalną profesjonalistką). Jak już opuściłam jaskinię pracodawcy, odpisałam wyczerpująco: Nie martw sie, zyje. Nic sie nie stalo, nie mam focha (chyba, ze uwazasz, iz mam ku temu powody??), a nie odbieram, bowiem nie mamy o czym rozmawiac, jak mniemam. Ale jesli chcesz wzbogacic moje spostrzezenia, to prosze bardzo. Do 23 jestem sklonna poszerzyc moje horyzonty.
22 - dzwoni. Obdądany jak Shar pei. I nie, nie o mojego esemesa (do którego, jeśli mam być szczera, przyczepiłabym się w pierwszej kolejności). Nie! Obdądał się, że nie odpisałam od razu po wiadomości o martwieniu. Spójrzmy na listę: pozycja szósta. Spójrzmy na komentarz pod listą: "wiadomości od 5-8 otrzymałam będąc w wydawnictwie z komórką wyciszoną" O głupoto, bądź pozdrowiona! Naprawdę uzasadnione roszczenia. A ja, jedna wielka chodząca wredota, śmiem nie mieć pojęcia o rozpaczliwych próbach kontaktu, podczas, gdy on oczyma wyobraźni widzi mnie pożeraną przez starówkowy bruk albo przez pierniki z nadzieniem różanym. Albo skopaną przez osiołka wywołującego męskie soprany (osiołek ma taki śmieszny, metalowy... "szew" na grzbiecie. A większość facetów stawia sobie za punkt honoru, dosiąść go z wyskoku... Cóż... każdy ma swój fetysz...). Albo wciąganą przez pająka za obraz... a nie, to głupie jest - z moją figurą, nikt w taki scenariusz nie uwierzy... Newermajnd, i tak jestem wredna, zła, niedobra i się dziwię, jak on, z taką mendą jak ja, sześć miesięcy wytrzymał... No ja bym tam nie wytrzymała. I nie wytrzymałam - "podziękowałam za współpracę" (o Mendi...). Nie, nie jestem z tego dumna, acz dobra to decyzja była. Ale ja nie o tym!
Bo ważniejsze jest dopieszczanie wewnętrznego dziecka (tak, tak, wiem! Ważniejszym jest itd... Ale mam to tam, gdzie owsiki swoje gniazda wiją), co też uczyniłam zakupując Maltikeksy* :):):):):) Mniam, mniam, mlasku-mlasku :):):):):). Wewnętrznemu dziecku nie można pozwolić umrzeć, bo automatycznie zginęłyby też radość i marzenia. I zdolność dziwienia się. I szczerość. I wskakiwanie w kupki zgrabionych liści. I lepienie bałwana zimą... I jeszcze wiele innych, fajnych rzeczy.
Ale wracając, dokupiłam jeszcze pudding czekoladowy, herbatkę cytrynową granulowaną (którą wolę jeść niż pić), trzy jogurty, mleczną kaszkę, dwa grapefruity i cztery kolory modeliny. I to ma starczyć do poniedziałku. Co do żarcia, to jestem spokojna, ale modeliny mam za mało...
Filc w druku, decoupage od jutra idzie do składu, kasa za dwa tygodnie, a szef niepocieszony, że nie wzięłam zaliczki. Ha! Byłam sprytniejsza i dzięki temu mogę pozostać niewrażliwa na te wszystkie "pani Agnieszko, a może to damy tutaj...", "pani Agnieszko, zdjęcia wtedy-i-wtedy", "pani Agnieszko to, pani Agnieszko tamto". Spadówa! Hjehjehjehje. Hje. Dziecko was przechytrzyło! W dodatku, wewnętrzne. Niach, niach, niach!
_____________________________
* Ciasteczka wielkości orzeszka ziemnego, kruche, oblane czekoladą... (ślinotok)

574.


Link 29.11.2011 :: 00:51 Beeee...knij (4)
Właściwie, to... Myślę, że nie stało się nic... Chociaż, jeśli liczyć moje dzikie bluzgi...
Zaczęło się od wczorajszego, spontanicznego wypadu na pizzę. Pięć osób, jeden samochód. Dwie dziewczyny, trzech chłopaków. Wśród dziewczyn ja, wśród chłopaków - eS (tak się składa, że jego najlepszy kumpel jest też moim kolegą...). Właściciel samochodu vel Najlepszy eSowy Kumpel postanowił z Jeszcze Jednym popić pizzę jasnym pełnym. Noł problem. Na 5 osób 4 kierowców, w tym 3 całkowicie zdolnych do prowadzenia pojazdu silnikowego.
Przygotowujemy się do powrotnej drogi, eS wyciąga łapę po kluczyki. I wtedy ZONK! Najlepszy eSowy Kumpel, ten, z którym się konie kradnie, ten, z którym się wyrywa laski, ten, z którym się leczy kaca, ten, z którym gra się zawsze w jednej drużynie rzecze w te słowa:
- Wiesz, ja wolę, kiedy Aga prowadzi i podaje mi kluczyki przy akompaniamencie grobowej ciszy...
Oczywiście, że podejmuję wyzwanie Actimela i siadam tam, gdzie kierowcy miejsce. Cisza nie ustępuje. Włączam radio, rozmawiam z Najlepszym eSowym Kumplem, z tyłu auta nadal milczą jak na pogrzebie. Nie trzeba być Einsteinem, żeby stwierdzić, z jakiego powodu. Nie trzeba też być wróżbitą-jasnowidzem, żeby odgadnąć, w co to jedno zdanie uderzyło. Ani prorokiem, żeby wiedzieć, na kim się ono odbije.
Nie dałam się sprowokować, wręcz przeciwnie, byłam nieznośnie grzeczna. Naprawdę nieznośnie - gdyby mi ktoś taką dawkę grzeczności serwował, nie wytrzymałabym, słowo daję.
I właśnie o to mi chodziło. Dzikie bluzgi poleciały dopiero po wciśnięciu czerwonej słuchawki.
Taak... No, to to by była niedziela.
Za to przed momentem (półtorej godziny temu), Brat Wariat, ewidentnie pijąc do wszystkiego, bo akurat ma gorszy nastrój i niechaj komuś innemu taki się udzieli również lub tez chcąc mi "zrobić test", uporczywie starał się przegonić eSa w skali wkurwiania. Kumulacja!
Ja naprawdę mam za duży dystans do siebie:
- nie przeszkadza mi moja figura a la Gloria z Madagaskaru;
- nie przeszkadzają mi (chociaż nie, bo właśnie przeszkadzają) wyzwiska od "owcoświni" oraz innych gorszych, ocierających się nawet o anatomię (puszczam mimo uszu lub nie pozostaję dłużna, w zależności od nastroju), acz Yntelygentna Bestia wie, że kto inny za takie odzywki dostałby od razu po pysku, a gdyby jeszcze spytał "za co?", dostałby, bez mrugnięcia, raz jeszcze;
- przyzwyczaiłam się do mania mnie w dupie w określonych sytuacjach (bo Mu się akurat "nie chce" albo inne takie), czy zapominania o tym, że coś tam mi się obiecało (cóż, niektórzy ludzie tak po prostu mają, że zapominają - to nie wyrzut i nie jest pisane złośliwie - ja też nie zawsze o wszystkim pamiętam...), ale - nosz faaak! - czasami tego jest trochę za dużo, zaczyna bulgotać w kociołku i przelewać się górą. Owca - nie maszyna, też ma swoją wytrzymałość i pojemność, i są momenty, kiedy po prostu nie ma ochoty chamsko się drażnić. Można to porównać do rosołu z makaronem: lubisz, ale trzy razy dziennie przez trzydzieści jeden dni pod rząd, najzwyczajniej w świecie, nie zdzierżysz. Więc albo ugotujesz coś innego albo licz się z awanturą w domu. I to taką na cztery fajery. Tak, oczywiście, najlepiej wszystko zwalić na karb okresu, który dobiega kresu, bo przecież "wszystko przez hormony". Yhym, uhum, inaczej tego nie skomentuję.
A wracając do eSa, bo to przecież dziw nad dziwy, gwóźdź programu, zastanawiam się, jak on może żyć z takimi kompleksami? Dżizas! Ja tam bym się wykończyła!
Męska duma ugodzona szablą
broczy teraz krwią obficie,
jak tętniczki nie uciśniesz,
to ci wnet zabryzga
ową juchą całe życie.
Nie widzę jednak sensu zbierania opierdolu za to, że on po prostu nie potrafi dobrze prowadzić, bo się spina. Bo chce uchodzić za skrzyżowanie macho z Hołowczycem, Brudnym Harrym, Supermanem, Pomysłowym Dobromirem i He-Manem. Ja wiem, że sukces ma wielu ojców, ale bez matki to nic się, niestety, nie urodzi. Zresztą, nie można mieć wszystkiego.
I nie wiem, czy to wszystko publikować, czy nie, wszak blog bez hasła, wystarczy wpisać jakikolwiek fragment któregokolwiek dialogu i się bez problemu tutaj trafi, ale dupa tam. Chce - niech czyta, nie - to nie. Walnie focha (Jeden albo Drugi) - trudno, jego problem wówczas. Ja mam dosyć, a po nocy, podczas której wiatr przypierniczał drzewowymi gałęziami w moje okno, budząc mnie co pół godziny, mam dosyć podwójnie.
Dziękuję za uwagę, dobranoc.









Zagraj to jeszcze raz, Sam

2012
styczeń
2011
2010
2009
2008


Wszyscy mówią: kocham Cię

z uśmiechem ciepłym
gram
tamandua
kal-amburka
headspace
mezczyzna-gotuje
99-in-the-shade
pan-misio
sznurowadła
Fiolka
pensjonarka
tea
diesirae
za co ten foch
glaglagla
błażejewski
sqbaniec
lorien
nieprasująca
pawlacz mentalny
femina
skafander
mam-dosyc
fafkulec :)
milczenie-owiec
u sąsiadki
zwyczajny





Woody na dziś:
Życie to coś więcej niż tylko klopsiki z indyka.


Melinda i Melinda

Zmienność. Bo stagnacja jest nudą, a nuda - śmiercią.
Więcej o mnie? 7w8 (po piątym błędzie ortograficznym przestałam je liczyć, ale i tak to jedna z lepszych charakterystyk mnie, z jakimi się zetknęłam).
Coś jeszcze? No może tyle, że lubię czasami wyjadać cappuccino z torebki.


adopt your own virtual pet!




Starring (in alphabetical order):

Another-Room-Mates - tym różnią się od Other-Room-Mates, że są innymi osobami. Bardzo głośne, acz sympatyczne jednostki drugoroczne o pancernych organizmach. Praktykują pobudki o nieludzkich porach.
B.K. - była współlokatorka, typ flegmatyczno-hipochondryczny
Denzel - "mój" kot (on naprawdę tak się wabi :D)
Dżanina Qdżawski - największa ryba akwariowa (portierka deesowa, w sensie). Bossy fish.
eSowaty/eS. - Były z tendencją do przewijania się w moim życiu. Niemalże topos.
Ex-Room-Mate/e-R-M - była współlokatorka, ortodoksyjna feministka
Gosia - była współlokatorka, a zarazem uosobienie współlokatorki idealnej
Kolega Wariat/Wujek Pe - duszysko pokrewne, odmienne charakterologicznie, znane osobiście i pozytywnie mnie nastrajające (które powinno wielbić mój "dystans do osoby własnej", bo tylko dzięki niemu jeszcze chodzi po tym świecie ;D)
Koleżankę - koleżanka Pulę. Topos piórnika = topos Koleżankę
Kóleżanka - koleżanka studiująca geografię; czasami chodzimy razem do baru mlecznego na pierogi
Matka Mojego Ojca/MMO - najlepszy myśliwy na tej planecie. Nie ma miejsca, w które można by się było przemieścić bez jej wiedzy. Widząc "ofiarę" potrafi podejść ją bezszelestnie, wypłoszyć i pozbawić chęci do życia. W 100% skuteczna. Dziury nie zrobi, a krew wyssie. Jestem pewna, że to ona odpowiada za "tajemnicze zaginięcia" w rejonie Trójkąta Bermudzkiego.
Matka Mojej Matki/MMM - emerytowana polonistka. W skali 1-5: poczucie humoru = 0, myślenie schematyczne = 10, znajomość obsługi komputera = 3 (jak na jej wiek, wręcz rewelacja), punkty za opisy na gg = 50 (np. "wieszam pranie.wrócę za 15 min.")
Młode - moje najmłodsze "dziecię" elektroniczne
Nula - przyjaciółka w pełnym znaczeniu tego słowa
Other-Room-Mates - dziewczyny z pokoju za ścianą
Pako - istota psowata, którą kocham niczym dziecię własne
Pan Od Ramion/POR - Były-nie były - niebyły/człowiek, którego atutem jest "misiowatość". Za to jak nikt potrafi mnie rozstroić psychicznie jednym "yhy" (na które mam alergię). Na zasadzie "spróbuj wskazać w każdym coś dobrego" mogę stwierdzić, że potrafi leczyć z kompleksów. Nawet, jeśli kłamie (who cares?)
Pulę - moja obecna współlokatorka. Pulę od Poulain, bo mi odrobinkę przypomina Amelię (jedynie z wyglądu i to nie do końca) i imię ma podobne, a że odrobinka to nie całość, to Pulę, a nie Poulain
Rolajna - siostra eSowatego i zarazem jego najlepszy adwokat
Tancbuda - szanowny Wydział Bezprawia i Biurokracji, świątynia absurdu
Teo - fotograf z powołania; funduje mi (za friko) Dni Latawca :)
Widu - Były; lubi bawić się w prezentera listy przebojów przez telefon
Wiesiek - komputer przenosny; jako pierwszy pokazał mi, że "impossible is nothing" ;)




Tu się pracuje!

Pozdrowienia z krainy absurdu

To, co wychodzi mi lepiej niż pisanie pracy





statystyka



Szablon wykonany na bazie poprzedniego (po żmudnych przeróbkach ;)), grafika zapożyczona od Wujka Gógla.