588.


Link 23.04.2012 :: 17:20 Beeee...knij (8)
Jutro zaliczenie, tfu! "ustne koło zaliczeniowe".
Ja z ręką w nocniku (to juz standard).
Reszta euro jest niczym. Niczym Hitler w poszukiwaniu elektro (elektronotatek, elektromateriałów, elektroczegokolwiek).
Spać mi się chce.
I jeśli zamiast "Renta" czytam "Renata" i zastanawiam się, skąd tu ona i w jakim celu, to nie jest dobrze, wierzcie mi. Nie jest dobrze.


587.


Link 11.04.2012 :: 01:03 Beeee...knij (8)
Oczywiście, złość na ludzi mi przeszła jak ręką odjął już następnego dnia. No bo ile, w końcu, można się boczyć?
Aczkolwiek dzisiaj, grzebiąc w moim "koszyczku ze wszystkim", skojarzyłam kolejny przykład hipokryzji, przez co łapki mi opadły i zaczęłam śmiać się niekontrolowanie, bo w tym przypadku tylko śmiech może nas ocalić ;).
Otóż, jak już ostatnio pisałam, mieszkam w zoo i dzielę klatkę z małpą. Nie zmieniłam współlokatorki, mowa o Pulę.
Pulę to takie duże dziecko z tendencją do usilnego rządzenia każdemu w każdej sprawie (MMM stwierdziła, że dziewczę jest "prawdopodobnie nie do końca rozwinięte i jej umysł nie nadąża za zmianami fizycznymi" - bezlitośnie szczere, aż mnie własna babcia zaskoczyła ;)). Żeby to tylko na rządzeniu polegało, przymknęłabym na to oko. Niestety, oczu przymykać dłużej się nie da.
Od dłuższego czasu, w wolnej chwili, tworzę rękoczyny (a właśnie! U mnie to ostatnio słabo nie tylko z refleksem, ale i z "pomyślunkiem" - jeśli macie ochotę na kilka moich rękoczynów zupełnie za free, odsyłam Was tutaj i tu, można się zapisywać do najbliższego czwartku włącznie. "Włącznie", znaczy do 15:00 ;)). Cieszę się niezmiernie, jeśli mój rękoczyn jest dla kogoś inspiracją albo czymś w tym stylu, ale... Ale nie, jak, kurważ, ktoś bezczelnie kopiuje to, co robię!
Pulę, za dawnych czasów, robiła kartki. Kartki z okazji, kartki dla znajomych, kartki bez okazji. Później przestała. Przerzuciła się na biżuterię. Po czym również przestała. Aż wprowadziła się do mnie. I akurat w czasie, kiedy kończyłam książkę o biżutach, a zaczynałam przygotowywać o filcowaniu. Najpierw pytania w stylu "a co to?", "a po co?". Następnie "a skąd wziąć takie coś?" (w sensie, czesankę i igły) - odpowiadałam, bo co mi zależy, niech się też pobawi, skoro chce. "A jak to się robi?", "a co ty teraz robisz?" - pomagałam, pokazywałam, bo nie zdawałam sobie sprawy, że okaże się to aż tak zgubne w skutkach...
W dużym skrócie, sytuacja przedstawia się następująco:
- ja filcuję - Pulę filcuje;
- ja robię biżuty - Pulę robi biżuty, najlepiej identyczne. Ja wymarałam w necie malutkie filiżanki i buteleczki - ona musiała sprowadzić sobie całą serię. Zamówiłam dwa kaboszony i ramki do nich, tak na próbę - Pulę zobaczyła je u mnie i za trzy dni przyszła do niej paczka... 50 kaboszonów + 50 ramek (a wcześniej nawet nie wiedziała, co to jest kaboszon i z czym to się je...). Odłożyłam moje kaboszony - Pulę odłożyła swoje;
- zaczęłam lepić z modeliny. Pulę stwierdziła, że "nie miałaby do tego cierpliwości". Po miesiącu kupiła FIMO i zaczęła w nim dłubać;
- decoupage - sytuacja identyczna jak z modeliną;
- zaczynam robić kartki - Pulę kupuje wzorzyste papiery w ilościach hurtowych, po czym robi kartki, które jedynie kolorami różnią się od moich. Nawet rozmieszczenie kwiatków, guzików itp. jest takie samo;
- planuję kupić elektryczny piekarnik, żeby wreszcie móc coś upiec albo od czasu do czasu zrobić zapiekankę. Jeszcze nie zdążyłam wybrać piecyka, Pulę już przyłazi ze swoim i informuje mnie, że "dopóki twój nie przyjdzie, możesz korzystać z mojego". Nosz kurwaa!
To samo z serwetkami - kupi jakieś, wylosuje lub wygra, zaraz idzie tekst: "jakbyś chciała coś ozdabiać, to serwetki są o tu, w tym pudełku. Możesz sobie brać."
Droga Pulę, do kurwy nędzy, mam swoje serwetki i nie potrzebuję twoich! Wsadź je sobie w dupę albo inny otwór ciała, a jak nie masz nic do roboty, to pilnuj, żeby cię nie uwierały!
Tak, do tego pobudki o 6:45 i nazywanie mnie "leniem", wszak wracam do Toronto dopiero w niedzielę.
Mam kilka opcji:
a) zakilić na miejscu tępym narzędziem, co, z kolei, generuje zwłoki, a zwłoki są szalenie problematyczne, zwłaszcza w temperaturze powyżej zera,
b) pożreć się z nią słownie,
c) nie zwracać uwagi, olać całą sytuację i mieć warunki do pisania pracy oraz przygotowań do obrony - kusząca propozycja,
d) pożreć ją na śniadanie, bez masełka i herbatki, zjeść na surowo, odcinając łepetynę za pomocą jednego chlapnięcia językiem i patrosząc kilkoma, ostrymi jak brzytwa, tekstami, za to mieć przesrane do maja/czerwca i atmosferę w pokoju tak gęstą, że toporek w powietrzu sam z siebie zawiśnie.
Zresztą, nad czym ja się w ogóle zastanawiam?!

586.


Link 07.04.2012 :: 00:49 Beeee...knij (4)
Zastanawiam się czasami, gdzie popełniłam/popełniam błąd w relacjach z ludźmi?
A może dziedziczę po rodzicach?
Bo, cholerka, rzadko kiedy się zdarza, żeby ktoś przyszedł/zadzwonił z czymś pozytywnym, pochwalił się sukcesem - w 98% przypadków zawsze jest to dół, klęska, masakra, syf, kiła, mogiła, malaria i korniki i dlaczego ja mam gorszy humor i dlaczego jestem wkurzona?
No tak - powinnam przecież skakać z radości, że coś komuś nie wyszło, nie? Przecież to takie polskie! Kur... by zapiał!
No tak, bo ktoś chce się wyżalić. Super. Ekstra. Z tym, że tak jakby może mam gorszy humor, bo u mnie też się sypie i nie mam w tej chwili możliwości udźwignięcia kolejnej katastrofy? Nie jestem Siłaczką! Chociaż, obiektywnie patrząc na to, co zrobiłam i co nadal robię - jestem. Nie wymagam za to pokłonów ani podziękowań. Ani wieńców kwiatów ani laurów, ani Oskarów/Cezarów/Złotych Lwów czy Nike. Nie chcę tego. Chcę mieć choć raz święty spokój. Raz jedyny. Taki, że kiedy mówię, "wczoraj byłam na pogrzebie", to nikt o nic więcej nie pyta i pozwala mi pobyć trochę samej ze sobą. Że nie roztrząsa swoich stanów emocjonalnych, bo i po chuj?! Ileż można to robić?! Rozłącza się, nie nęka, nie napastuje, daje odpocząć. Ja wiem, że trzeba pomagać i robię to. Pozwalam ludziom piszczeć i jęczeć nawet jeśli sama mam większe zmartwienia, bo głupio mi jest parsknąć im śmiechem do słuchawki. W końcu każdy ma małe, prywatne końce świata. KAŻDY, więc ja też. To wydarzenie może nie jest dla mnie końcem świata (wszak, jak to ktoś stwierdził, "wuj to nie brat"), ale nie jestem ruskim czołgiem, mam swoją wytrzymałość. I jeśli jest kumulacja większych i/lub mniejszych nieszczęść, nawet ja muszę odreagować.
I w ogóle pieprzyć ten cały "protokół dyplomatyczny"! Pieprzyć to, że nie wypada. Dlaczego mam liczyć się z tymi, którzy nie liczą się ze mną? Co ja w ogóle robię?!
Nie ma bata, jak ktoś mnie budzi specjalnie o 6:45, kiedy kładę się o 4, a jak śpię do 9 nazywa mnie śpiochem i leniem, on będzie budzony o 2:30 i nazywany leniem i brudasem, skoro umycie podłogi w pokoju nastręcza mu tylu trudności. Jeśli deklaruję, że mam czas od 13 do 17, to mam czas właśnie w tych godzinach i ani minuty więcej. Nie potrafisz się wyrobić - trudno się mówi. Nie mam zamiaru zbierać więcej opierniczu/wstydzić się za to, że nie dopilnowałam/nie zrobiłam czegoś, bo ktoś miał jakiś problem i musiałam mu pomóc. Jeśli mówię, że nie mam ochoty na nic więcej z papierniczego, to każdą wiadomość z zapytaniem o zamówienie będę kasować jeszcze przed/zaraz po odczytaniu. Myślę, że jak dwa razy zdrowo opierniczę za to ciągłe spamowanie skrzynki, gadu i Fejsbuka takimi wiadomościami* i jeszcze próbami namówienia mnie na kupno, bo przecież "chomikowanie to fajna sprawa", owa praktyka się skończy raz na zawsze. A ja będę zdrowsza. I lżejsza o połowę, wszak skończy się również kumulowanie negatywnych emocji.
Myślę, że to całkiem fajny plan.


___________________________________
* Wszak mieszkam w zoo. W jednej klatce z małpą, ale to temat na osobny wpis, który opublikuję, jak już minie mi niechęć do ludzi. Żeby nie było, że kipię jadem i jestem stronnicza.

585.


Link 20.03.2012 :: 01:00 Beeee...knij (9)
Jeszcze niedawno chciałam mieć więcej czasu dla siebie, żeby móc żyć własnym życiem, ponadrabiać zaległości oraz spełnić to, co innym ludziom obiecałam (wiem, to ostatnie nie jest czasem "dla mnie", tylko raczej dla innych, ale nie bądźmy już tacy drobiazgowi). Teraz mam więcej czasu dla siebie, gdyż ponieważ przydarzył mi się urlop.
Zdrowotny.
Nie jest to szczyt marzeń, ale "jak się nie ma, co się lubi, to się kradnie co popadnie", cytując klasyka. Nie pytajcie mnie, jaki to konkretnie "klasyk", chyba, że zadowoli Was odpowiedź: klasyczny. No tak, klasyczny klasyk, bo dziwne, żeby klasyk był nieklasyczny, modernistyczny czy samfing lajk det.
Ogólnie (gdyż ponieważ nie przepadam za stwierdzeniem "generalnie") rzecz ujmując, dopadła mnie dżuma z Ciechocinka, która zaczęła ewoluować w kierunku anginy. Zaczęła, acz nie skończyła, bo zareagowałam w porę. Nie wiem, czy termin "ewolucja" jest tu na miejscu i czy raczej nie powinna go zastąpić "degradacja", bądź "recesja", jednak jak dla mnie jest to bardziej cywilizowana forma zarazy, która z kilku zestawów objawów w końcu zdecydowała się na jeden zestaw przewodni. Nie wiem również, dlaczego dopadła mnie akurat dżuma z Ciechocinka... To już wielkopolskiej nie było?! Chociaż z drugiej strony... Bo istnieje ewentualność, iż zaraza z Wielkopolski objawiłaby się łętami na plecach i stonką ziemniaczaną we włosach (kto nie zbyt czaju-czaju, to odsyłam go do tej mapki, wszak ja mam anginę, więc nie mogę nadwyrężać głosu tłumacząc, na ten przykład ;)), a już nie wiem, co lepsze.
A nie wiem, bo... bo dlaczego ja nie mogę chorować jak, dajmy na to, Meg Ryan w "Masz wiadomość"?
Dobra, wiem!
Wiem, że komedie romantyczne to, tak naprawdę, wypaczony obraz rzeczywistości, że powodują jakieś chore wyobrażenia o księciach z bajek, hepi endach oraz syndromie "i żyli długo i szczęśliwie" - w i e m.
Ale:
- po pierwsze: nie szukam księcia z bajki, gdyż ponieważ mam już swojego nieksięcia z niebajki, a właściwie rycerza* z mojej bajki,
- po drugie: tak naprawdę nie liczę na to, że scenariusz komedii romantycznej będzie part of maj lajf,
- po trzecie: lubię oglądać filmy z Meg Ryan,
- po czwarte: czasami załącza mi się faza bardziej babska. Taka wiecie, na "domowe SPA", sabaty czarownic, kokardki, buty na obcasie, sukienki oraz również na komedie romantyczne,
- po piąte: o tej porze w telewizji nie było szczególnego wyboru. O czym świadczyć może, iż chwilę później obejrzałam "W samo południe".
W każdym razie (bo już coś za bardzo odbiegłam od tematu), nawet skoro wiem, że scenariusz to fikcja, to cholera jasna, chciałabym sobie pochorować właśnie tak, jak wspomniana aktorka we wspomnianym filmie, czyli:
- z promienną cerą,
- bez obtartego, od ciągłego wycierania, nosa,
- uroczo,
- radośnie.
Tymczasem:
- wyskakują mi syfy na brodzie (zapewne dzięki antybiotykowi i temu, że wyżera również te dobre, stanowiące barierę ochronną, bakterie)
- nos mam jak Kulfon z "Ciuchci" - identyczny co do koloru i wielkości,
- cera ma jest sinoblada jak trup w prosektorium,
- włosy nie chcą się układać i wyglądają wyjątkowo niezdrowo,
a wszystko to razem powoduje obniżenie mojego czarmu o 50%.
Wiem, wiem i powtórzę to po raz (chyba) trzeci, scenariusz to nie łril lajf i w rzeczywistości ludzie tak nie chorują, ale pomarzyć można.
Zaznaczam jednak, że fakt obniżenia mojego czarmu o 50% nie powoduje jeszcze (u mnie) dołodepresji stosowanej. Wręcz przeciwnie, humorek dopisuje, a jakże, choroby się nie wypieram, a nawet zaczęłam o niej mówić jak o dobrej znajomej, per Endżi. To takie moje małe skrzywienie, jako niepoprawnej optymistki wierzącej w ludzi i ich wrodzoną dobroć, żeby, może nie tyle "zaprzyjaźniać" (bo wiadomo, "przyjaciół mało, ale prawdziwych"), ale "polubiwać się" z kim i z czym tylko się da. Tak więc, siedzimy sobie teraz razem z Endżi i piszemy do Was, żeby dać znać, że żyjemy i takie tam. Dobra, brałam Thiocodin, a to podobno jak narkotyk, więc teraz mam haluny i nie wiem, co czynię (taki żarcik ;)). A tak serio, serio, to pisałam już wczoraj, ale dzięki mej kreatywności i poszukiwaniu coraz to nowszych rozwiązań, zamiast "dodaj" wcisnęłam "odśwież", a jak dałam "wstecz", to się okazało, że mi jednak żdżarło wpis (nie pożarło ani zeżarło, tylko, bezczelnie, żdżarło), a dzisiaj już dokładnie nie pamiętam, o czym pisałam wczoraj - wiecie, tysiąc myśli na minutę - i za Chiny Ludowe tego nie odtworzę, dlatego piszę o pierdołach, bo to mi wychodzi najlepiej i to właśnie lubię robić, a jak wiadomo, pierdoły są esencją wszystkiego, chociaż to podsumowanie nie bardzo pasuje do mojego wywodu...
No cóż, późno już... E.T. goł hołm, Owca goł tu slip.
A tak w razie czego, nie przewiduję tu kolejnych wpisów przez najbliższy czas (chyba, że coś mnie zjadowi niemożebnie, wszak najlepszym motorem jest dziki wkurw. Nie! On jest jak wena na motorze!), gdyż ponieważ przez najbliższy czas będę odwiedzać Was.
Szykujcie ciastka i herbatę.
Herbatę w dwóch szklankach, bo wpadniemy razem z Endżi. ;)

Si ja!

___________________
* o wyższości rycerzy nad książętami chyba nie muszę nikogo przekonywać? Ale, na wszelki wypadek, gdyby ktoś nie skumał różnicy: książęta tylko leżą i pachną. No i jeszcze jeżdżą na tych swoich białych rumakach. Mają dwie lewe ręce, bo od urodzenia, wszyscy wszystko za nich robią. Książęta zadzierają nosy, cierpią na chroniczny przerost ego i, odnoszę wrażenie, że są przynajmniej raz za mało palnięci w łepetynkę przez łril lajf. Rycerze to mężczyźni z krwi i kości, co to gwóźdź wbiją, samochód naprawią, obiad ugotują od czasu do czasu, a i kwiatka czasami z wyprawy przyniosą. Wybrance serca, of kors. Odważni, waleczni, podszyci romantyzmem, co raz na jakiś czas z nich wyziera, niczym podszewka, gdy źle zbroję zapną. Można przy nich beknąć, można przy nich łazić łyf noł mejkap (a nawet tak wolą), można mieć też bed her dej, a oni "zła się nie ulękną". Mają wady. Nie są skrojeni na miarę. O, i nie golą sobie klat i nóg.

584.


Link 25.02.2012 :: 03:02 Beeee...knij (7)
Gdzie byłam, jak mnie nie było? Otóż pochłonęła mnie do reszty gra zwana życiem. Z ogromnie wciągającą fabułą. Do tego tak wielowątkową, że po dokonaniu obliczeń, wyszło mi, iż tygodniowo mam... 8,5 godziny, a w wersji hard 2,5 godziny dla siebie. Tygodniowo! W przeliczeniu na dni daje to odpowiednio 1 godz. 13 min., a w wersji hard - 21 min. Rozkosznie, prawda? A później się ludzie dziwią, że warczę. Kładę się już nie przed 3, a około 4-5 nad ranem, wstaję maks po 9 (bo mi szkoda dnia), a nie śpię od 7, bo Pulę tłucze garami przed wyjściem na zajęcia. Do tego wydawnictwo życzy sobie widzenia 3x/tydz., najlepiej w czwartek, piątek, sobotę, odpowiednio po 7, 7 oraz 10 godzin. I nikt nie weźmie pod uwagę ogólnego zmęczenia materiału, tylko od upiera się, że skoro warczę, to muszę mieć okres. Łał! 15 razy w miesiącu? Czyjaś wiedza z zakresu biologii poważnie kuleje... A najbardziej nie lubię, jak ktoś słusznie zrąbany robi z siebie ofiarę, odwraca kota ogonem i próbuje mi wmawiać coś, czego nie było, tudzież usiłuje zmazać coś, co wystąpiło. A nie, przepraszam, o wiele bardziej denerwuje mnie, gdy ktoś usilnie próbuje zasiać niepokój, obudzić moją podejrzliwość, a przy tym traktuje mnie jak matoła. No bo jak inaczej wyjaśnić fakt, że przybliża "czarne scenariusze", że na siłę próbuje oderwać spasowany element od obrazka z puzzli i wcisnąć na jego miejsce swój, zupełnie od czapy? Jak mam rozumieć, że nie znając zupełnie człowieka, nie spotkawszy go nawet, stara się pokazać mi, że nie trafiłam na ideał? Na litość boską! A czy ja nie mam oczu?! Czy jestem tak bezgranicznie głupia, że zakładam różowe okulary i nie zdaję sobie sprawy z niedoskonałości? Że wierzę w utopię? Że nie widzę tych wad?! Jestem Rozumem z reklamy TP. Minęły te czasy, kiedy czuło się motylki i idealizowało. Przyszła era darzenia uczuciem "pomimo". I o to przecież chodzi w życiu. "Może mówią tak, bo się o ciebie martwią?" - super. Ale jestem już dorosła. Widzę, jak jest, widzę, co otrzymuję, widzę, z jaką radością daję od siebie. Widzę i czuję. I nawet, jeśli to miałoby się kiedyś skończyć, boleć, to ja chcę to przeżyć. Wchodzę w to z pełną świadomością.
"Ale wiesz, że to ty ryzykujesz?", "ale dlaczego ty masz się poświęcić?" - jakie to dziecinne. Przecież obie strony ryzykują tyle samo. I obie strony tyle samo poświęcają. Nie "to samo", ale "tyle samo", o jednakowej wadze. "Ty tam nie dasz rady!", "a dlaczego akurat w tym mieście?", "nie pasujesz tam, tak mi się zdaje"... A może pozwólcie mi samej decydować o sobie? Macie swoje życie, to się na nim skupcie i nie próbujecie żyć za mnie, bo wam na to nie pozwolę. Jeśli będę potrzebowała rady, to o nią poproszę, nie martwcie się. Nie szufladkujcie mnie i nie porównujcie do znajomych swoich wujków, którym nie wyszło. Ja nie jestem znajomą waszych wujków. Jestem mną. A impossible is nothing. Ile razy jeszcze mam wam pokazać, że potrafię? Ile razy ratowałam wasze tyłki z sytuacji pozornie beznadziejnych? Ile razy rozwiązywałam problemy "nie do rozwiązania"? Że już nie wspomnę o tym, ile razy zduszałam w zarodku to, co mogło wam zagrozić, a o czym wy sami jeszcze nie mieliście pojęcia. I mieć nie będziecie.
Spokojne wasze głowy, ja sobie poradzę. A jeśli noga mi się powinie, to przecież będę miała was. Bo będę miała. Prawda?
Dlatego, Drodzy Przyjaciele, nie rzucajcie mi kłód pod nogi, nawet z troski, nie próbujcie mnie sprowadzić na pesymizm, nie straszcie mnie, bo się nie boję. Jeśli chcecie zrobić coś dla mnie, to bądźcie. Po prostu. Niewiele wysiłku, a obopólna satysfakcja, wierzcie - wiem, co mówię.
I, cytując Allena, nigdy nie zabraknie ludzi, którzy będą mówić ci jak żyć. Mających na wszystko odpowiedź. Co powinieneś robić, a czego nie, przy czym Woody dodaje: nie kłóć się z nimi. Mów: "Tak, to znakomity pomysł" i rób swoje, natomiast ja dokończę: tym państwu już podziękujemy.

583.


Link 12.01.2012 :: 14:03 Beeee...knij (4)
Tego, co wspaniałe i udane,
sił do walki o własne marzenia oraz wiary we własne siły,
pozytywnych zdziwień, zdumień i zaskoczeń,
odkrywania magii w "zwykłych" rzeczach,
odwagi, uśmiechu
i mnóstwa czekolady
na ten rok, który właśnie nadszedł, Wszystkim Tym, którzy tutaj zaglądają, czytają albo, po prostu, wpadli przez przypadek :).
Wiem, wiem, wyraniłam się z tymi życzeniami jak jaszczurka w listopadzie. Ale przecież 2012 dopiero się zaczął (no dobrze, może i mam nadzwyczajne niepoczucie czasu, ale proszę wziąć pod uwagę, z jaką gracją się tu intelektualnie wyginam! :D:D Dobra, dżołk sucharowy, ale i na takie kiedyś przychodzi pora :D).
I, na dobrą sprawę, nie mam już nic więcej do dodania.
Co nie znaczy, że się nic nie dzieje (bo ogólnie żyję dosyć intensywnie ostatnimi czasy)... a raczej, że nie o wszystkim (na razie) chcę pisać.
No dobrze, Pulę spauzowała (mam nadzieję, że na długo) i kładzie się spać o 24, a rano słyszę, że tłucze garami o wiele ciszej i jakby tak... ostrożniej... I za to ma plusika.
Notatki leżą i czekają na moje zmiłowanie, praca zaliczeniowa, nie chcąc być gorszą, współdziała z notatkami, że nie wspomnę już o tym, co robi moja magisterka, choć trafniejszym byłoby użycie drugiego pytania, na które odpowiada czasownik, tego mniej zaawansowanego ruchowo, czyli co się z nią dzieje?. I nie bawiąc się w zbędne ceregiele, od razu można by zacytować tego Pana od Watahy: myślę, ze nie stało się niic. Niiic! Niiiiiic! Myślę, że nie stało się nic! (przynajmniej od czasu mojego przyjazdu do Rydzykowa, czyli nadal stoimy na 6 stronach i nie możemy - oraz: bardzo chcemy, ale nie potrafimy się zebrać (by) - ruszyć z miejsca).
Taa... Odwieczny problem, z którym zmagają się studenci :D:D, po prostu nihil novi.
I tym, powszechnie znanym i miłościwie nam panującym, akcentem kończę mój marny wywód, bo aż żal to dalej ciągnąć.


582.


Link 28.12.2011 :: 17:23 Beeee...knij (9)
Święta to okres, w którym praktycznie zupełnie rezygnuję z internetowej obecności, zwłaszcza, kiedy są organizowane u mnie.
Nie sprawdzam wówczas maili, nie siedzę na gg, nie śledzę zmian na Fejsbukowej ścianie, nie dodaję nowych rękoczynów. Bo, najzwyczajniej w świecie, nie mam na to czasu. Na smsy odpowiadam z opóźnieniem, telefony odbieram tylko w przypadkach nagłych albo jak uparcie dzwonią, a rozmowy kończę jak się da najszybciej. Bo, najzwyczajniej w świecie, nie mam na to czasu. Podczas Świąt nie prowadzę również rozmów handlowych, a te "zaczęte" przez drugą stronę, odkładam na "po świętach", bo, najzwyczajniej w świecie, nie mam na nie czasu, a tym bardziej już ochoty. Jest tyle innych dni w roku, że spokojnie zdąży się kupić/sprzedać piórnik/szkatułkę/kolczyki etc. Poza tym, klientowi również należy się szacunek oraz tyle czasu, żeby spokojnie mógł wszystko obejrzeć i się zastanowić, dlatego wolę z klientami rozmawiać wtedy, kiedy mam faktycznie czas. Na spokojnie i nic na siłę. Przy czym nie mogę powiedzieć, że pławię się w sprzedaży rękodzieła, a klientów mam tylu, że aż po kokardkę, bo kto mnie odwiedza, ten wie, jak zastawiony "pierdółkami na sprzedaż" jest mój pokój, zarówno akademikowy, jak i domowy.
(I teraz - UWAGA - przechodzę do meritum!)
Drażnią mnie sytuacje, wyglądające w sposób następujący:
1) Koleżanka-Wizażanka, która nie ma nic innego do roboty, jak śledzenie recenzji kosmetyków, pisze do mnie przed świętami, kiedy latam gadam, pełny serwis, że: nie zaliczylam drugiego kola... Chociaz nie wiem jak to jest mozliwe bo przeciez spisywalam od Ciebie i mialysmy te same odpowiedzi. No tak, ja zaliczyłam. Cudem, bo cudem, ale zaliczyłam, a ona nie, więc stąd taka "połpretensja". No cóż, widać, że żeby zdać, trzeba jednak trochę przysiąść, a nie zdawać się na mnie. Ale luz. Ignoruję, bo przecież coraz bliżej święta, a mi się rózga nie marzy (chociaż... jakby była jakaś fajna... Zrobiłabym z niej minidrzewko). Jestem w środku przygotowań, w środku buzującego wulkanu chwilkę przed erupcją. Moje ulubione miejsce. Serio. Tu podlecieć, to załatwić, z tym ponegocjować, z tamtym biec już w inne miejsce, ogarniać, ogarniać, ogarniać globalnie (tak, przyznaję w pierś się bijąc, czasami piszczę, że chcę świętego spokoju, ale jak już podładuję Duracella, mogę wracać w oko cyklonu. Zresztą, co Wam powiem, to Wam powiem, ale Wam powiem, że tak naprawdę, w biegu jest najspokojniej. Nie przejmujesz się za bardzo, bo nie masz czasu, zobowiązania cię nie ciągną, bo przecież ich nawet nie podjąłeś, gdyż ponieważ już od dawna lecisz dalej, nikt ci nie truje dupy, bo za tobą nie nadąża, a tam, gdzie cię szuka, już cię dawno nie ma). Czyli nie odpisuję, jednak w Wigilię wysyłam życzenia, te same, które ślę "do wielu" (Dear "Connecting People Company", I am very grateful for this option in my mobile phone. Thank You, thank You so much!) i odkrywam, że "półpretensja" ewoluowała w "półfoch" - bo nie odpisałam i dlaczego...
Drogie Dziecko, jeśli jakaś osoba nie odpisuje na Twoje wiadomości, oznacza to, że nie ma ochoty z Tobą konwersować, aczkolwiek nie jest to jedynym wyjaśnieniem sytuacji. Istnieje jeszcze wiele innych możliwości, np. osoba ta nie ma pod ręką telefonu, jest zajęta, ma do zrobienia dużo więcej rzeczy niż ozdobienie bożonarodzeniowego drzewka nietłukącymi się bombkami, szklanym czubkiem, kolorowymi, mrugającymi światełkami oraz dzwoneczkami "dzyń-dzyń!". Całkiem prawdopodobne są też kompilacje (czyli połączenia) kilku lub też wszystkich podsuniętych przeze mnie opcji, co jest skorelowane (czyli związane) z jakością Waszych wzajemnych relacji.
Pozdrawiam,
Ciocia Owca-Dobra Rada

2) Sytuacja powiązana ze wstępem oraz, po części, z punktem pierwszym. Skomplikowana, ale postaram się ją przedstawić jak najbardziej klarownie (chociaż nie wiem, czy jest to w ogóle wykonalne, zwłaszcza w moim wydaniu...)
Pulę ma koleżankę (akcent pada na oba "ę" - tak z fhranchuska). I ta koleżankę (o, właśnie, dobra ksywa - coś czuję, że epizod z jej udziałem będzie znaczący)... Więc ta Koleżankę zwróciła się do Pulę z zapytaniem o jeden z moich piórników. Czy dostępny i za ile, i takie tam, gdyż chciałaby kupić. Pulę udzieliła jej informacji i:
23.12., coś po 16 - Pulę dezewoni. Nie odbieram - hałas w domu, dzieciary szarżują i szabrują jak Kozacy i Tatarzy w "Ogniem i mieczem" (albo coś - nie wiem, nie doczytałam do końca... dzwooń, dzwooń, dzwoń dzwoneczku!), MMM czegoś chce, Macierz czegoś chce, Tacierz czegoś chce, ja też czegoś chcę, ale się przecież nie rozczworzę!
23.12., coś przed 17 - dopadam do kompa, bo dostaję smsa (od Nuli), żeby wejść na gadu natychmiast, bo tam coś nie cierpiącego zwłoki. No jak zwłoki - to lecę, póki jeszcze ciepłe! Dopadam komp, włączam dżidżi, a tam, oprócz wspomnianych zwłok, wiadomość od Pulę, że Koleżankę chce piórnik po Nowym Roku i tam takie bla, bla, bla. Dobrze, odnotowałam. Po Nowym Roku - czyli jeszcze czas, którego teraz mam jak na lekarstwo.
23.12., coś po 17 - zamykam gadu, włączam program pocztowy (ostatni raz przed świąteczną przerwą). Wyskakuje mi mail. Od Pulę. Kopia jej rozmowy z Koleżankę. Otwieram, przebiegam wzrokiem. Widzę, że Pulę odsyła ją na moje Rękoczyny. Na moich Rękoczynach zmieniłam niedawno szablon. W celu zwiększenia przejrzystości. Jest mój mail podany. W miejscu widocznym, acz nienachalnym. Gdybym nie chciała, tobym nie podawała, right? OK. So...
24.12. - Wkurw mnie dopada, kiedy w odpowiedzi na mojego smsa "do wielu" dostaję "Dziekuje za zyczenia, tobie rowniez wesolych swiat. Co z piorniczkiem?"
Ej, mała, zajmij ty się, kurwa, wieczerzą wigilijną alboco, bo to, że nie musisz robić nic, gdyż ponieważ jesteś rozlelaną jedynaczką (a to obelga gorsza od "ty pieprzona jedynaczko!") i nic ci się nie chce, bo "mamusia zrobi", bo przecież zawsze robiła, nie oznacza, że u innych też luziątko w pełni i hajla-bajla, że tak się wyrażę!
Nie pozdrawiam i nie zwracam się do ciebie wielkoliterowo, bo jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubańczykom.
Owca Devil-Evil

Nie odzywam się. Cztery wdechy, trzy wydechy cud nie-pa-mięci. Odpiszę po świętach.
27.12. - Powoli wracam. Do siebie i do internetu. Wchodzę na Fejsika. Odczytuję, odpisuję... Dwie wiadomości od Pulę. Świąteczne. W sprawie piórnika. Wkurw mnie szczela, opuszczam Fejsa, 23:30 - eksplozja na słupie prądowym widoczna z mojego okna (preludium sylwestrowe) - prądu niet do dzisiaj, do godziny 8.
28.12. - Otwieram program pocztowy. 130 nowych wiadomości na 5 kontach. 3/4 to SPAM. 1/4 - do odpisania. Zabieram się po 12. I tym razem strzela, szczela i pierdyka we mnie wielki, fluorescencyjnie cytrynowy piorun! Kolejne maile piórnikowe. Nie, nie od Koleżankę. Od Pulę. Pierdolony kwiat lotosu na pierdolonej tafli jeziora, - może meliskę? - poproszę dożylnie; joga, meditejszyn, liść na wietrze, rącza gazela... Nic nie pomaga... Woda na młyn. Kultura, kultura, Dziewczę Pokręcone, pamiętaj o kulturze! Czego mamusia uczyła? No, co się mówi? Dzień dobry, kurwa. Calm down, calm down... Schowaj ten toporek, bo się jeszcze pokaleczysz...!
Odpisuję. Odpisuję, że jeśli jest zainteresowana, to niech do mnie napisze SAMA. Mogę udzielić dodatkowych informacji, noł prablm.
I co dostaję? Hę? No, proszę, śmiało, możecie obstawiać!
Maila od Pulę. Czy mogłabym wysłać te dodatkowe informacje plus zdjęcia do Koleżankę, na maila.
Ależ oczywiście. Chętnie, naprawdę. Z tym, że jasno określiłam zasady: proszę o maila od Koleżankę do mnie. Jeśli jest zainteresowana - nie widzę problemu, chętnie pomogę, doradzę, pokażę, nawet dam pogłaskać rzeczony towar, ale Ludu Europy!!! - trochę inicjatywy! Pierwszy raz usłyszałam o tym piórniku na początku października. Że Koleżankę jest zainteresowana. Podałam cenę, wszystko za pośrednictwem Pulę. Zero odzewu. Później był listopad, gdzieś tak połowa miesiąca, kiedy wreszcie "Schwarzenegger dla ubogich" zaczął opuszczać moją szczękę - temat piórnika powrócił. Za pośrednictwem Pulę. Nic się nie zmieniło z mojej strony. Nic się nie zmieniło również z tamtej strony, gdyż ponieważ temat umarł. Umarł, to umarł, nie mam żałoby. Piórnik wprowadziłam do galerii internetowej na początku grudnia. Troje potencjalnych klientów wysłało zapytanie. Dwoje z nich "obserwuje przedmiot". Dlatego wolałabym upewnić się co do zainteresowania Koleżankę, bo jeśli ma ono się przewijać niczym topos i znikać jak biały królik, to sorry, Gregory, ale jestem za stara na takie zabawy. Nie chcesz, nie kupuj - nic cię nie wiąże. Ale napisz od siebie! Nie gryzę (nawet, jeśli mam ochotę), dopierniczam słownie nieżartownie tylko wtedy, kiedy nie widzę innego wyjścia z sytuacji/zostanę doprowadzona do ostateczności (co Brat Wariat może potwierdzić, bo to on walczy z Pulę w mojej obronie) i jeśli ty nie atakujesz, to i ja jestem do rany przyłóż. A napisanie maila we własnym imieniu, w dobie wszechobecnego internetu, to, kurde, żaden wyczyn. Tak uważam.


581.


Link 16.12.2011 :: 09:19 Beeee...knij (8)
WPIS, LEKKO MÓWIĄC, DOSADNY. ŻEBY NIE BYŁO, ŻE NIE OSTRZEGAŁAM.

Nie lubię konfliktów. Bardzo. Wolę ustąpić niż drapać się z kimś o jakieś pierdoły. I mam cholernie dużo cierpliwości w stosunku do innych żyjących. Za dużo. Choć wiem, że poznając mnie jedynie po wpisach, trudno w to uwierzyć. Jednak wszystko ma swoje granice. Granice przekraczane były już od hu-hu-hu-października, a moja cierpliwość od tygodnia zaczęła jechać na rezerwie. I właśnie dzisiaj - szesnastego grudnia roku pańskiego dwa tysiące jedenastego o godzinie siódmej trzydzieści siedem - cierpliwość jadąca na rezerwie się zatrzymała. A czerwona kontrolka nie przestała migać. Nawet, jeśli ktoś nie zna się na samochodach, zdaje sobie dobrze sprawę, że jak coś miga na czerwono, to nie jest dobrze. I tyle starczy. Bo faktycznie, dobrze nie jest.
Bo, cholera, ja czegoś nie rozumiem: obie z Pulę jesteśmy jedynaczkami. Obie mieszkamy w domach, a nie mieszkaniach. Obie mamy komplet rodziców oraz psa. Ja się, kurwa, pytam, jak, zatem wytłumaczyć, ze podczas, gdy ja wchodzę do pokoju na paluszkach, kiedy ona śpi (a śpi już od 23-24 regularnie, a czasami nawet od 21), ostrożnie otwieram szafeczki i to tylko wtedy, kiedy muszę; doszłam do perfekcji w bezszelestnym przekręcaniu klucza w zamku, a w wyciszaniu skrzypiących drzwi mam tytuł "master", pytam się, do kurwy nędzy, dlaczego ona co rano musi miotać wszystkim (pasowałoby tu określenie: "miota nim jak szatan", ale tym razem to mną lepiej trzepie), czym się da, we wszystkich kierunkach i z takim hukiem, że ja pierdolę?! Z zazdrości, że nie wszyscy muszą wstawać o siódmej, tylko mogą o ósmej?! No chwileczkę, ja na siłę nie wysłałam jej na ten kierunek, który studiuje ani nie podjęłam za nią decyzji, dzięki której ma w tygodniu, na dzień dobry, dwa czy trzy przedmioty więcej niż przeciętny student jej kierunku. I nie - nie chcę, żeby rano dookoła mnie chodzono na paluszkach! Nie trzeba, naprawdę! Biorąc pod uwagę "twardość" mojego snu oraz to, że zazwyczaj kładę się między trzecią a czwartą w nocy, obudzenie mnie o siódmej to naprawdę wyczyn. Podszyty złośliwością. I naprawdę, niewiele brakuje, żebym słysząc "wychodzę!", o godzinie siódmej pięćdziesiąt, zamiast zbywać to milczeniem, odpowiadała: "i co, mam powiedzieć: łał?!" albo "masz z tym jakiś problem?".
Ujmując rzecz inaczej,
zodiakalne bliźnięta (piszę w tak, żeby nie musieć wskazywać na siebie palcem, bo pokazywanie palcem jest nieładne), jeśli się nie hamują, są najbardziej głośnym znakiem spośród wszystkich dostępnych, a do tego rozwydrzone, opryskliwe, pamiętliwe i bardzo złośliwe (dla własnej satysfakcji). Oczywiście mają też wachlarz cech pozytywnych. Z tym, że jeśli się naprawdę nie hamują, to zamiast harmonii i przenikania cech ma się do czynienia z Dr Jekyll'em and Mr. Hydem (czy jak to tam się pisze). Więc lepiej po prostu chamsko nie wkurwiać, bo inaczej zemsta Posejdona nadejdzie z prędkością światła z losowo wybranego kierunku. To nie groźba. To raczej dobra rada.
Jeśli jesteś fair wobec Owcy, Owca będzie fair wobec ciebie.
Bo Owca lubi wzajemność.
Jak ty jej, tak ona tobie.
A moje urocze Another-Room-Mates proszę o zwiększenie decybeli za ścianą, w godzinach 22-24 (a nawet i bardziej wgłąb nocy) - MI nie przeszkadzacie. JA nie lubię wiecznej ciszy.
Od dzisiaj imprezujecie pod patronatem cioci Owcy.

580.


Link 07.12.2011 :: 01:55 Beeee...knij (2)
Był u Was Mikołaj?
U mnie był.
Zły Mikołaj w bardzo dobrym humorze. Przyniósł mi rogala i zrobił koraliki. Koraliki przecudnej urody. Bo hendmejdy są zawsze przecudnej urody. Wszak to nie towar od początku do końca kupny - w hendmejdy wkłada się serce. I nie daje się ich "bo wypada", tylko dlatego, że naprawdę chce się je dla kogoś zrobić i temu komuś wręczyć (mam nadzieję, że i w tym przypadku tak było ;P). Enyłej, już przestaję się rozwodzić na ten temat, bo inaczej Brat-Mikołaj znowu stwierdzi, że "oj tam, pierdolisz".
W prezencie też dostałam kolejny Dzień Latawca. Taki z łzami śmiechowymi, przenoszeniem gór i w ogóle. Almodovar, na którego dotarliśmy, ale nawet nie weszliśmy do sali, patyczek polodowy w moich włosach, "bukiet rózg", dziki bluzg ;D (mój, zresztą), Edward Ozdobnonożycoręki, wariactwo, kartka "awaryjna" - z zapasowym papierosem (dla kolegi), korytarzowe opowieści, budzenie Pulę, która zasnęła o 21:10... Miliardy mikrocząsteczek. Zgodnie z moją definicją szczęścia :):):):). Rodzeństwo wybierane samodzielnie to najlepsze rodzeństwo, jakie można mieć. I chociaż czasami ma się ochotę temu rodzeństwu przywalić w czerep (jak w każdej, zdrowej rodzinie), to i tak nie zamieni się go na żadne inne. I nich tylko ktoś tknie albo w inny sposób ruszy... Ręka, noga mózg na ścianie i ząbki porozrzucane w promieniu półtora kilometra, to mało. Co, z kolei, wiele wyjaśnia... Np., dlaczego Pulę położyła się o 21... (może bała się przekroczyć granicę, o której rozmawiałyśmy w południe... :D:D).

- Powiedz mi, jak mam teraz żyć?
- Najlepiej, jak potrafisz.
- Przestań! O konkrety mi chodzi!

A żebym to ja wiedziała...! Nie jestem jakimś pierniczonym guru jasnowidzącym, żeby móc udzielać rad w tym zakresie, zwłaszcza, że ze swoim życiem mam nierzadko problem.
Ale, do jasnej dupy, warto żyć! Dla tych kilku chwil, które są jak grosik w stercie gówna. Dla uśmiechu pełnogębowego, dla Dni Latawca, dla Almodovara, którego się, ostatecznie, nie obejrzy; po to, żeby obierając grapefruita, obryzgać sokiem komputerową matrycę, siebie i pół klawiatury, żeby zrobić coś, dzięki czemu inny człowiek się uśmiechnie, żeby mieć przyjaciół i rodzeństwo, żeby widzieć, żeby czuć, żeby móc zjeść czekoladę, taplać się w kałużach i, za wszelką cenę, starać się nie wydorośleć do końca i nie zdziadzieć.

579.


Link 06.12.2011 :: 02:50 Beeee...knij (3)
Brat powrócił. Ten Brat, którego nigdy nie miałam, a zawsze chciałam mieć, no i teraz mam.
Powrócił w nastroju latawcowym (wynikłym, zapewne, z niewyspania), wyjątkowo wariackim (i jeszcze się, Skubany, dopomina peanów na cześć tegoż właśnie humoru! :D).
Powiem tak: od dzisiaj, Bracie Wariacie, nie śpisz. I nie interesuje mnie to, czy padniesz ze zmęczenia na pyszczek, czy nie. Nie śpisz.
Chyba, że nabierzesz umiejętności mania takiego nastroju mimo spania. Wtedy okej - możesz się położyć.
Nie mówię, że masz 24/7 biegać z uśmiechem dookoła głowy (chociaż, jeśli chcesz, to dlaczego nie?), ale podsumowując ten "wywód" na dziś: WIĘCEJ, WIĘCEJ I JESZCZE RAZ CZĘŚCIEJ o takie latawce w Twoim wydaniu proszę! Bo bardzo do twarzy Ci w takim uchachaniu.
No.
Jutro coś może jeszcze dopiszę. Albo machnę nowy wpis o tym samym...
Się zastanowię.








Zagraj to jeszcze raz, Sam

2012
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2011
2010
2009
2008


Wszyscy mówią: kocham Cię

z uśmiechem ciepłym
gram
tamandua
kal-amburka
headspace
mezczyzna-gotuje
99-in-the-shade
pan-misio
sznurowadła
Fiolka
pensjonarka
tea
diesirae
za co ten foch
glaglagla
błażejewski
sqbaniec
lorien
nieprasująca
pawlacz mentalny
femina
skafander
mam-dosyc
fafkulec :)
milczenie-owiec
u sąsiadki
zwyczajny





Woody na dziś:
Życie to coś więcej niż tylko klopsiki z indyka.


Melinda i Melinda

Zmienność. Bo stagnacja jest nudą, a nuda - śmiercią.
Więcej o mnie? 7w8 (po piątym błędzie ortograficznym przestałam je liczyć, ale i tak to jedna z lepszych charakterystyk mnie, z jakimi się zetknęłam).
Coś jeszcze? No może tyle, że lubię czasami wyjadać cappuccino z torebki.


adopt your own virtual pet!




Starring (in alphabetical order):

Another-Room-Mates - tym różnią się od Other-Room-Mates, że są innymi osobami. Bardzo głośne, acz sympatyczne jednostki drugoroczne o pancernych organizmach. Praktykują pobudki o nieludzkich porach.
B.K. - była współlokatorka, typ flegmatyczno-hipochondryczny
Denzel - "mój" kot (on naprawdę tak się wabi :D)
Dżanina Qdżawski - największa ryba akwariowa (portierka deesowa, w sensie). Bossy fish.
eSowaty/eS. - Były z tendencją do przewijania się w moim życiu. Niemalże topos.
Ex-Room-Mate/e-R-M - była współlokatorka, ortodoksyjna feministka
Gosia - była współlokatorka, a zarazem uosobienie współlokatorki idealnej
Kolega Wariat/Wujek Pe - duszysko pokrewne, odmienne charakterologicznie, znane osobiście i pozytywnie mnie nastrajające (które powinno wielbić mój "dystans do osoby własnej", bo tylko dzięki niemu jeszcze chodzi po tym świecie ;D)
Koleżankę - koleżanka Pulę. Topos piórnika = topos Koleżankę
Kóleżanka - koleżanka studiująca geografię; czasami chodzimy razem do baru mlecznego na pierogi
Matka Mojego Ojca/MMO - najlepszy myśliwy na tej planecie. Nie ma miejsca, w które można by się było przemieścić bez jej wiedzy. Widząc "ofiarę" potrafi podejść ją bezszelestnie, wypłoszyć i pozbawić chęci do życia. W 100% skuteczna. Dziury nie zrobi, a krew wyssie. Jestem pewna, że to ona odpowiada za "tajemnicze zaginięcia" w rejonie Trójkąta Bermudzkiego.
Matka Mojej Matki/MMM - emerytowana polonistka. W skali 1-5: poczucie humoru = 0, myślenie schematyczne = 10, znajomość obsługi komputera = 3 (jak na jej wiek, wręcz rewelacja), punkty za opisy na gg = 50 (np. "wieszam pranie.wrócę za 15 min.")
Młode - moje najmłodsze "dziecię" elektroniczne
Nula - przyjaciółka w pełnym znaczeniu tego słowa
Other-Room-Mates - dziewczyny z pokoju za ścianą
Pako - istota psowata, którą kocham niczym dziecię własne
Pan Od Ramion/POR - Były-nie były - niebyły/człowiek, którego atutem jest "misiowatość". Za to jak nikt potrafi mnie rozstroić psychicznie jednym "yhy" (na które mam alergię). Na zasadzie "spróbuj wskazać w każdym coś dobrego" mogę stwierdzić, że potrafi leczyć z kompleksów. Nawet, jeśli kłamie (who cares?)
Pulę - moja obecna współlokatorka. Pulę od Poulain, bo mi odrobinkę przypomina Amelię (jedynie z wyglądu i to nie do końca) i imię ma podobne, a że odrobinka to nie całość, to Pulę, a nie Poulain
Rolajna - siostra eSowatego i zarazem jego najlepszy adwokat
Tancbuda - szanowny Wydział Bezprawia i Biurokracji, świątynia absurdu
Teo - fotograf z powołania; funduje mi (za friko) Dni Latawca :)
Widu - Były; lubi bawić się w prezentera listy przebojów przez telefon
Wiesiek - komputer przenosny; jako pierwszy pokazał mi, że "impossible is nothing" ;)




Tu się pracuje!

Pozdrowienia z krainy absurdu

To, co wychodzi mi lepiej niż pisanie pracy





statystyka



Szablon wykonany na bazie poprzedniego (po żmudnych przeróbkach ;)), grafika zapożyczona od Wujka Gógla.